Podobne sprawy związane z artykułem

Kredyt złotówkowy w BRE Banku na tych samych zasadach co kredyt walutowy. Czy jest szansa na wygranie sprawy w sądzie?


Wykorzystywanie niejasnych zapisów w umowach kredytowych, stopa procentowa zależna od Wibor, ale ustalana przez zarząd banku, w ...

Kategorie: Instytucje Finansowe Banki Fundusze Inwestycyjne Zaklady Ubezpieczen Posrednicy Instytucji Finansowych | Tagi: Bank, BRE Bank , Kredyt, Umowa

26-01-2011  |   Udostępnij:

Szybko zużywajace się sprzęgło w samochodach z silnikiem boxer diesel.


Sprzegło wymagało wymiany po przejechaniu 32tys km od zakupu w samochodzie Subaru Forester, serwis odmówil wymiany na gwarancji ...

Kategorie: Podmioty Związane Z Motoryzacją | Tagi: Gwarancja, Samochód, Zużycie, Sprzęgło

9-03-2011  |   Udostępnij:

Spaliły mi się fabryczne hamulce (tarcze i klocki) mimo, że nie wykazywały zużycia. ASO odmówiło wymiany na gwarancji.


Hamulce wymagały wymiany po przejechaniu 19tys km od zakupu w samochodzie Subaru Forester, serwis odmówił wymiany na gwarancji t...

Kategorie: Podmioty Związane Z Motoryzacją | Tagi: Subaru, Forester, Hamulce, Gwarancja, Samochód, Zużycie, Klocki, Tarcze

9-03-2011  |   Udostępnij:

 

Jak upolować jelenia

 

2011-07-25 20:31

 

Na zdrowy rozum – oszustwo. W świetle prawa – legalny biznes. Coraz więcej firm zarabia na sprytnym kiwaniu klientów.

 

Dwoje eleganckich ludzi. Ona udawała srogą szefową. On – podwładnego o gołębim sercu, który podpowiada, jak się targować, gdy kierowniczka odchodzi od stolika. Na Małgorzacie, wziętej architekt z Bielska-Białej, ten teatrzyk nie robił wrażenia. Przerabia go przy każdym projekcie, gdy handlowcy obiecują złote góry, byle tylko wybrała ich materiały budowlane lub meble. Tym trudniej jej pojąć, jakim cudem dała się nabrać ludziom z Holiday Travel Center, z mową i gestykulacją rodem z taniego podręcznika sprzedaży. Chyba była zbyt pewna siebie.

 

Zaczęło się od telefonicznego zaproszenia na prezentację połączoną z wręczeniem bonu upoważniającego do darmowego pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w dowolnym miejscu na świecie. To trik stary jak sama komiwojażerka. Zwabić nagrodą, uśpić czujność i potem wcisnąć coś, czego na zdrowy rozum nie opłaca się kupować. W tym przypadku pani Małgorzata podpisała umowę dającą jej prawo do spędzania co roku jednego, ściśle określonego tygodnia w apartamencie w Zakopanem. Za jedyne 5429 euro pierwszej wpłaty i 300 euro co roku przez 25 lat. Oprzytomniała dopiero wtedy, gdy jej córka wyliczyła, że to ponad 500 euro rocznie, a za tyle można kupić tydzień wakacji all inclusive w Turcji, Tunezji, Grecji, Egipcie czy gdzie tam chcemy.

 

Małgorzata tak wstydzi się swojej lekkomyślności, że nie zgodziła się nawet na rozmowę, a na pytania "Newsweeka" odpowiedziała e-mailem.

 

Szef Holiday Travel Center Arkadiusz Olszowy przez osobę odpowiedzialną za kontakty z mediami – zresztą radcę prawnego – również poprosił o pytania na piśmie. Potem jednak odmówił odpowiedzi, zapraszając na spotkanie w terminie, który opóźniłby publikację. Typowa gra na czas.

 

Zapewne usłyszelibyśmy od niego to samo, co klientom mówią jego pracownicy: że firma nikogo nie zmusza do uczestnictwa w prezentacjach, a tym bardziej do zawierania umów. Formuła współwłasności lokalu to tzw. time share, na Zachodzie znany od lat: kupuje się nie mieszkanie, lecz prawo do korzystania z niego w ściśle określonym czasie. A że owa darmowa wycieczka na wabia po wczytaniu się w detale okazuje się droższa od przeciętnej oferty zwykłego biura podróży, bo w zamian za bezpłatny hotel firma sprzedaje drogo bilet lotniczy i na tym zarabia? Że oferta wakacyjna po odpakowaniu ze złotka psychotechnik sprzedażowych wypada blado? Takie są realia nowoczesnego marketingu. Klient powinien przejrzeć umowę i pomyśleć. Jeśli tego nie zrobi, może mieć pretensje tylko do siebie.

 

Prezes zapewne przemilczałby natomiast to, że dwa lata temu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) ukarał jego firmę ponad 12 tys. zł grzywny za wprowadzenie klientów w błąd w materiałach reklamowych i ukrywanie przed nimi istotnych warunków umów.

 

Caveat emptor – mawiali już starożytni Rzymianie, czyli niech kupujący ma się na baczności. Ale klient, który po lekturze warunków oferty dojdzie do wniosku, że popełnił błąd, i zechce skorzystać z gwarantowanej prawnie rezygnacji w terminie 10 dni, dowiaduje się, iż zwrot pieniędzy jest niemożliwy. Pracownicy HTC nie wdają się nawet w prawną kazuistykę, po prostu odmawiają dalszych wyjaśnień i rzucają słuchawką. Na listy odpowiadają z opóźnieniem, wykorzystują każdy detal umowy do przeciągnięcia sprawy. Byle tylko zniechęcić klienta.

 

Jeden z poszkodowanych, Mariusz Harasymiuk, tak zawziął się na firmę, że jeździ teraz po kraju za jej akwizytorami i odstrasza wchodzących na prezentacje opowieścią o swoich korowodach z HTC. Już tak zalazł im za skórę, że prawdopodobnie odzyska pieniądze. Sęk w tym, że mało kto ma tyle czasu i motywacji, co on. Dlatego prezes Arkadiusz Olszowy, jak wynika z "Encyklopedii »Solidarności«", znany zielonogórski działacz związku w latach 80. ofiarnie walczący o wolny rynek i sprawiedliwość społeczną, już od prawie 20 lat nieźle zarabia na zabawie w kotka i myszkę z klientami. Raporty finansowe za 2008 rok – ostatnie upublicznione – mówią o 2,6 mln zł przychodów.

 

HTC nie jest niestety wyjątkiem. Na drobnym druczku, psychomanipulacji albo jednym i drugim zarabiają dziś zarówno jednoosobowe firmy sprzedające na pielgrzymkach komplety garnków po kosmicznych cenach, jak i obracający miliardami złotych rocznie operatorzy komórkowi, którzy spadek przychodów z połączeń telefonicznych rekompensują sobie konkursami i loteriami. Legalnie, bo prawo nie nadąża za nowymi sposobami na wyciągnięcie gotówki z klienta.

 

Etycy biznesu mówią o postępującej tabloidyzacji gospodarki, w której nacisk na jakość produktu ustępuje miejsca dbałości wyłącznie o ładny wizerunek oferty. Kiedyś postępowały tak drobne cwaniaczki. Trzy lata temu na tym samym przyłapano największe banki świata, które sprzedały za miliardy dolarów papiery wartościowe warte mniej niż papier toaletowy. Ich maklerzy w e-mailach wymienianych między sobą pisali wprost, że życzą sobie sutych kont i wypasionych wakacji gdzieś na krańcu świata, "gdy już cały ten cyrk szlag trafi". Trenerzy przygotowujący do pracy akwizytorów firm time-sharingowych są z nimi równie szczerzy: tłumaczą, że klienta trzeba traktować jak portmonetkę, nie wypuszczać z rąk, dopóki ma pieniądze do wydania. Jeden ze sprzedawców "tajmszerów" tak opisuje to, co mu wkładano do głowy w czasie szkolenia: "Klient musi kupić tego samego dnia. Kiedy jest nakręcony i naładowany wizjami sprzedawcy".

 

Chwilowy wstrząs po kryzysie oczywiście niczego nie zmienił. Dalej istnieje świat umów konstruowanych tak, by nie połapał się w nich nawet wzięty prawnik, i reklam przemilczających najważniejsze cechy oferty. Nadal marketing zastępuje manipulacja. W jednym i drugim przypadku chodzi o to samo – by do klienta jak najpóźniej dotarło, że nabito go w butelkę. Im bardziej będzie mu głupio, tym większa szansa, że nie opowie o swojej przygodzie znajomym, nie pójdzie z nią do prawnika, nie powiadomi mediów ("Newsweekowi" o sprawie HTC opowiedziała nie pani Małgorzata, lecz jej córka). Dlatego o właścicielach firm żerujących na ludzkiej naiwności piszemy z imienia i z nazwiska, nawet gdy czasem zatajamy tożsamość ich ofiar. Skoro nie muszą bać się prawa, niech przynajmniej poświecą oczami przed znajomymi.

 

Prof. Wojciech Gasparski, etyk biznesu, nie ma wątpliwości, że powinni się wstydzić. – Ciążący na kliencie obowiązek sprawdzenia, co kupuje, nie jest ważniejszy od powinności sprzedawcy, któremu nie wolno celowo wprowadzać w błąd – twierdzi. – Zrzucenie całej odpowiedzialności na klienta, że nie przeczytał umowy, czy ogłupienie, po którym dobrowolnie kupi coś absurdalnie drogo, nie ma nic wspólnego z etycznym biznesem.

 

Ale daje szybkie i dobre pieniądze. Jeśli kupujący uwierzy, że trafił na okazję, logika schodzi na drugi plan. Prezent idealnie nadaje się na przynętę, budzi wdzięczność, która neutralizuje ostrożność. A że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, podarunkiem może być nawet coś, co w praktyce słono kosztuje. "Darmowy" tydzień na Teneryfie z HTC po opłaceniu przelotów, wyżywienia i ubezpieczenia jest droższy niż w wielu zwykłych biurach podróży. Anglosaskie powiedzenie o tym, że nie ma darmowych obiadów, nie utrwaliło się jednak jeszcze na tyle w Polsce, by klienci na dźwięk słowa "prezent" rzucali słuchawką.

 

HTC łowi klientów wśród małych przedsiębiorców, których dane można znaleźć w sieci; dzięki temu wzrasta również prawdopodobieństwo, że agenci trafią na ludzi majętnych. Na prezentacje zapraszają telefonicznie, z góry zastrzegają, że za nic nie trzeba płacić, jeśli się nie chce. Na spotkaniu skwapliwie gromadzą każdą informację przydatną do przekonania do zakupu. Małgorzatę złapali na wzmiance o ukochanym wnuku, mieszkającym wraz z córką w Londynie. Roztoczyli sugestywną wizję szczęśliwych rodzinnych wakacji spędzanych wspólnie w Zakopanem.

 

Musiała użyć aż trzech kart kredytowych, żeby zebrać 5429 euro na apartament. Terminale były oczywiście przygotowane.

 

Klientowi nie wolno dać czasu na zastanowienie. Ma zapłacić pod wpływem pierwszego wrażenia. Żałować może sobie potem w domu. Firma Vitarex Polska, własność Krystiana Szweda, 29 lat, specjalizuje się m.in. w obwoźnej sprzedaży naczyń do gotowania, akcesoriów medycznych i parafarmaceutyków. Warszawski telefon firmy milczy, strony internetowej nie ma, ale dane z Krajowego Rejestru Sądowego świadczą, że biznes wciąż się kręci.

 

Jego biznesowy konkurent, Wojciech Kuśno ze Śląska, też nie ma strony internetowej, a zaproszenia na "pielgrzymki z niespodzianką" zostawia w kościołach na południu Polski. Na ulotce jest tylko numer telefonu, pewnie dla świętego spokoju. Na wzmiankę o mediach organizator niespodzianek rzuca słuchawką.

 

Klientów – głównie starsze osoby – obaj panowie zdobywają pod kościołami i na pielgrzymkach. W internecie Vitarex ma bogatą kartotekę, głównie pełne goryczy wpisy dzieci emerytów, którzy wrócili z mszy lub pielgrzymki z rzekomo cudownymi naczyniami do zdrowego gotowania, matami na dolegliwości wszelakie czy równie wszechstronnymi preparatami na zdrowie i samopoczucie.

 

Towar zgadza się z opisem, klient dostaje pokwitowanie i gwarancję, w czym więc problem? Ano w tym, że "leczniczy" materac z lampą na podczerwień, który podczas "darmowej" pielgrzymki można kupić w Vitareksie za ok. 1,3 tys. zł, w serwisie eBay kosztuje 30 euro z dostawą.

 

Zgodnie z prawem każdą nietkniętą rzecz zakupioną w systemie sprzedaży bezpośredniej można zwrócić w ciągu 10 dni od nabycia, ale lwia część uczestników pielgrzymek nie ma o tym pojęcia.

 

Przepisy zawsze będą wolniejsze od przedsiębiorców wymyślających kolejne sposoby na wyciągnięcie pieniędzy od klientów bez ryzyka spotkania z prokuratorem. Drobny druczek lub psychomanipulacja ślizgają się na granicy prawa. Poszkodowani mogą zawsze iść do sądu z powództwem cywilnym, ale oczywiście się do tego nie palą. Sprawy trwają latami, adwokat kosztuje majątek.

 

UOKiK zapytany o liczbę skarg na firmy naciągające klientów bez łamania prawa odpowiada, że nie ma takich statystyk, a gdyby nawet były, i tak nie oddałyby skali zjawiska, bo poszkodowani milczą, wstydząc się swej naiwności.

 

Urząd Komunikacji Elektronicznej, który zajął się SMS-owymi konkursami organizowanymi lub współorganizowanymi przez operatorów komórkowych, też ocenia, że kilka tysięcy trafiających doń skarg na takie loterie to tylko czubek góry lodowej. Klient, który nie wczytał się w ich warunki, mógł na koniec miesiąca zobaczyć rachunek za telefon wyższy nawet o kilkaset złotych, choć oficjalnie wysłanie wiadomości było bezpłatne. Darmowa była tylko pierwsza, każda kolejna kosztowała nawet 6-7 zł. Większość uczestników straciła po kilkadziesiąt złotych. Na tyle mało, by przeboleć stratę w ciszy.

 

Twarzą jednego z takich konkursów był popularny prezenter Zygmunt Chajzer. Pytany, czy nie uważa, że firmował swoim nazwiskiem ordynarną manipulację i wziął za to pieniądze, odpowiada standardowo: że uczestnictwo w tej zabawie było dobrowolne, a każdy mógł i powinien zapoznać się z jej zasadami. Przyznaje jednak z perspektywy czasu, że regulamin konkursu wysyłany uczestnikom SMS-em powinien być czytelniejszy. – Drugi raz w czymś takim nie wezmę udziału – deklaruje.

 

Czyżby? Pana Zygmunta można właśnie podziwiać w reklamach telewizyjnego sklepu Mango kuszącego m.in. odchudzającymi klapkami (69 zł) i butami sportowymi za 199 zł, dzięki którym "wysmuklisz nogi, uniesiesz pośladki, wzmocnisz mięśnie tułowia i schudniesz!". A dla stroniących od sportu suszarka do grzybów za 139 zł. W niemal każdym sklepie AGD podobną można kupić za 80-90 zł.

 

Kiedy znudzi się już Mango i hipnotyczny uśmiech Zygmunta Chajzera, można poflirtować w sieci. Serwis ChnLove.com – reklamujący się także w polskich portalach – kusi zdjęciami ponętnych młodych Chinek, które marzą o ślubie z facetem z Zachodu. Zakładamy darmowe konto, opisujemy się kandydatkom na małżonki i zapraszamy wybrane piękności do wymiany e-maili. Odpowiedzi przychodzą dziesiątkami. Chińskie boginie podejrzanie płynnym angielskim dziękują za okazane zainteresowanie, którym są z reguły zaszczycone. Ze zdumieniem odkrywają, że mają akurat te same zainteresowania, nieważne, czy chodzi o wędkowanie, czy o nurkowanie w jaskiniach. Kto w porę nie otrzeźwieje, odpowiada na anons, a po wciśnięciu przycisku "wyślij wiadomość" dowiaduje się, że to kosztuje kilkanaście dolarów miesięcznie. Do zapłaty kartą. Co dalej? Nie sprawdziłem, ale przypuszczam, że konwersacje z chińskimi serwerami prowadzi tygodniami tylu naiwniaków z USA i Europy, że proceder jest bardzo rentowny. Właściciele witryny są z Polski nieuchwytni, reklamacje można słać tylko na Berdyczów.

 

Dr Joanna Heidtman, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwraca uwagę, że techniki marketingowej manipulacji nie zatrzymały się na etapie z lat 90., gdy polegały na pytaniu przechodniów, ile daliby za oferowane właśnie perfumy lub noże. Dziś handlowcy na każdego mają inne sposoby i marketingowa mimikra działa znakomicie. – Konserwatysta ostrożny w podejmowaniu zakupowych decyzji może być równie dobrym klientem, jak ktoś, kto łapczywie rzuca się na każdą nowość – przekonuje Heidtman. – Wystarczy dać mu poczucie, że to on przechytrzył handlowca. Wtedy uwierzy, że kontroluje sytuację, i kupi.

 

W Polsce za jednego z najbardziej cenionych specjalistów od dopasowywania strategii marketingowych do osobowości klientów uchodzi dr Paweł Wójcik, współzałożyciel firmy badawczej IQS. Wójcik dzieli konsumentów na cztery grupy o różnej wrażliwości na komunikaty rynkowe. Osoby o dużych ambicjach świetnie reagują np. na reklamy z udziałem znanych osobistości, zwłaszcza sportowców i aktorów. Domatorzy, sceptyczni i zdystansowani do otoczenia, dają się skusić reklamą, która w nienachalny sposób podkreśla zalety produktów. Ekstrawertycy – wiecznie w ruchu i towarzystwie – łapią się z kolei na przedstawienie oferty w kontekście społecznym, np. w gronie przyjaciół czy rodziny. Ostatnia grupa to indywidualiści z osiągnięciami, pewni siebie i własnej intuicji. Teoretycznie marketingowo nieprzemakalni, ale wystarczy pokazać im, jak dzięki reklamowanemu produktowi mogą rozwiązać różne problemy, i połkną haczyk.

 

Wyrafinowana psychologia przy sprzedaży "tajmszeru" w Zakopanem albo prezentacji garnków w czasie pielgrzymki? Oczywiście. Dla jednego klienta to samo naczynie będzie kosmiczną technologią w kuchni, dla drugiego sposobem na spędzanie czasu z rodziną, dla innego – ulubionym garnkiem Angeliny Jolie. Tylko w ten sposób można zrozumieć, jak obyta ze światem pani architekt i uzależniona od "Mody na sukces" emerytka na pielgrzymce mogły nabrać się na to samo – produkt niewart swojej ceny.

 

cyt: http://biznes.onet.pl/jak-upolowac-jelenia,18493,4803101,3323181,212,1,news-detal

Web Statistics